|
|
|
|
|
Strona główna / Disc Busters! / Discbusters Unleashed |
|
|
Chaotyczna i nazbyt uczuciowa relacja z Mistrzostw Europy
we Flyballu.
Mlada Boleslav,
CZ 4-6.07.2008.
Marta Zych
Go, go, go!!! 13 psów, 19 właścicieli, 2 trenerów, 2 box-loaderów, 3 fotografów, 1 psycholog i 3 członków wspomagających, 7 samochodów, tona sprzętu, 700 litrów wody, 30 plastrów na otarcia, kilogram aspiryny, karton czekolady. W takim zestawie Unleashed wyruszyli z Polski do czeskiej miejscowości Mlada Boleslav, żeby na stadionie Interdog Bohemia zmierzyć się z najlepszymi europejskimi drużynami w tym, co lubią najbardziej, we flyballu.
Krew, pot i łzy Pierwsza weszła na tor Beta. Przeszły nas ciarki. Kilka piesków brykających po nadwiślańskim trawniku i uganiający się za nimi rozkrzyczani ludzie zmienili się w piękny niebieskoodziany, jednolity zespół, w którym porozumienie osiąga się wymianą spojrzeń a otuchy dodaje się przesłanym zza barierki uśmiechem. Te 20 sekund pierwszego biegu trwało dla nas chyba godzinę. Kosztowało masę nerwów, ale dostarczyło niesamowitych emocji. Otwartymi szeroko oczami pochłanialiśmy każdy ruch, psiej łapy, minięcie hopki i zmianę z kolejnym psem. Niby nic wielkiego, kilka grup ludzi z różnych krajów przyjechało w jedno miejsce sprawdzić czyje psy fajniej biegają. A jednak nie dało się na chłodno odbierać tego, co się działo. Oto nasi przyjaciele i nasze psy toczyły bój z zagraniczną konkurencją, a my dopingując zdzieraliśmy gardła i trzymaliśmy kciuki tak mocno, że aż bielały nam kostki. A to był dopiero początek... Starcia z kolejnymi drużynami przynosiły kolejne garście doświadczeń, wyzwań i problemów. Po pierwszych biegach okazało się, że psy mają swoje ulubione tory i po innych nie chcą biegać, że ślady obecności niepozornej czeskiej pudelki rozstrajają najtwardszych nawet psich zawodników, że sędzia nie zawsze widzi i słyszy to, co dzieje się na torze i że w ulotnie krótkim momencie podejmowania decyzji mogącej zaważyć na losach całego biegu, liczyć można tylko na siebie i znajomość reakcji swojego psa. Hałas panujący w namiotach z torami, na których odbywały się wyścigi, oraz ogłuszające hity z lat 80, bezlitośnie serwowane przez dj’a utrudniały niezastąpioną podczas biegów komunikację Coacha z zawodnikami. Przypadki obcych psów i cudzych piłek wpadających na nasz tor rozpraszały nasze psy, a powtarzanie kolejnych biegów powodowało większe zmęczenie. Sędzia nie mówił w żadnym europejskim języku oprócz walońskiego czy pólnocno-czeskiego i wyjaśnienie z nim jakiejkolwiek wątpliwości zakrawało na wysiłek porównywalny z przebijaniem muru własną głową. W dywizji, w której startowała Alfa sytuacja była jeszcze trudniejsza. Oprócz zaawansowanych i bardziej doświadczonych drużyn, dodatkowo stawialiśmy czoła pokrętnym i nieprzewidywalnym strategiom przeciwników. Najpowszechniej stosowanym ułatwieniem jest posiadanie mniejszego psa, którego wzrost wyznacza wysokość przeszkód dla całej drużyny. Nasi przeciwnicy zyskiwali również na tym, że podczas biegów i wszystkich towarzyszących im wydarzeń nasze psy, „spalały się” a w odróżnieniu od liczniejszych zespołów, nie mieliśmy zbyt wielu rezerwowych na wymianę. Budowę drużyn najlepiej było widać na ceremonii rozdania nagród. Unleashed Alfa i Beta składały się z 4 i 5 zawodników każda a rozmiary niektórych drużyn dochodziły do 6 psówL Powoli zaczęła doskwierać nam temperatura sięgająca 30°C, dawało się we znaki zmęczenie ludzi i wycieńczenie psów. Odpoczywaliśmy w przewiewnym namiocie wlewając w siebie litry wody. Psy okładane mokrymi ręcznikami i pojone wodą wypoczywały w swoich klatkach. Podczas kolejnych dni zawodów, nasze drużyny, mimo przygotowania kondycyjnego i popołudniowych zabiegów regeneracyjnych, nieco słabły. Psy dręczył upał a ludzi wykańczały nerwy. Radziliśmy sobie wspólnie. Zasada, że nie mamy do siebie pretensji, lecz analizujemy biegi pod kątem unikania powtarzania popełnionych błędów pomogła nam na bieżąco ulepszać nasze zachowania. Coraz lepiej znaliśmy swoje miejsce w szeregu, coraz łatwiej było nam reagować na niespodzianki. Zawodnicy Alfy zmieniali się w obsługę techniczną i pomoc merytoryczną podczas biegów Bety. Beta obsługiwała biegi Alfy i wiodła prym w deprymującym przeciwnika dopingu. Trudną chwilą był start obu naszych drużyn w tym samym czasie w różnych namiotach. Ale daliśmy radę, dzięki temu, że każdy z nas robił to, co w danej chwili było konieczne do zrobienia, nie wybrzydzał, nie marudził i nie unosił się dumą, gdy został zdegradowany z pierwszego fotografa do zbieracza piłek. Z każdym biegiem, coraz bardziej obeznani z torem i otoczeniem umieliśmy szybciej reagować na nagle pojawiające się utrudnienia, na wpadającego na nasz tor psa z przeciwnej drużyny lub z publiczności, na piłki upuszczone pod nasze nogi przez zawodników z drugiego toru. Błyskawiczna zmiana miejsca startu, czy wręcz złapanie psa pod pachę i przebiegnięcie kawałka rozbiegu, by wystartować go z bliższej odległości, nie raz uratowało nasze punkty. Nauczyliśmy się puszczać psa jako ostatniego-piątego w przypadku popełnienia błędu, nauczyliśmy się refleksu, nauczyliśmy się mieć oczy i uszy dookoła głowy, by jednocześnie wołać i łapać psa, patrzeć na znaki coacha, słuchać drużyny, patrzeć na światła, nie przewrócić się o piłkę i biec we właściwym kierunku z właściwym psem pod pachą. Czuwaliśmy nad sobą nawzajem, poopowiadaliśmy sobie i dodawaliśmy sił. Każde wejście na tor, przygotowanie, wyścig i zejście coraz bardziej i bardziej zespalało i umacniało nasz team.
Frendship and fairplay Flyball to wciąż sport, w którym zdobywanie i wymiana doświadczeń jest podstawą i punktem wyjścia do osiągnięcia sukcesu. Było nam niezwykle miło, że doświadczenia i naukę otrzymaną od Belgów i Czechów, które rozwijaliśmy przez rok, mogliśmy w Mladzie przekazać kolejnym drużynom. Szczególnie wspieraliśmy przesympatyczny Four Hot Paws Team z Anglii. Szalony labrador, kundel angielski, ciapowaty spaniel, pies kibica oraz dobermanopodobny pies-koń opierając się na naszych podpowiedziach i własnych doświadczeniach z tych zawodów będą mieli, nad czym pracować i zapewne w wielkim stylu zabłysną na kolejnych mistrzostwach. Bardzo miłe i budujące właściwą atmosferę przyjacielskiego współzawodnictwa były gesty ze strony Belgów. Podglądali nasze biegi, doradzali, gratulowali, dowcipkowali i rozładowywali napięcie rytualnym klepaniem się po gołych brzuchach podczas wydłużającego się czekania na nadejście sędziego. My odwzajemnialiśmy się gorącym dopingiem podczas ich najważniejszych pojedynków. Kilkukrotnie zdarzało się, że drużyny stające naprzeciwko siebie i walczące ze sobą na torze, później kibicowały sobie nawzajem w kolejnych pojedynkach. Urazy i zadry szły na bok i wygrywało to, co w sporcie najważniejsze; duch zdrowej rywalizacji, brak podziałów, pasja i podziw dla osiągnięć zawodników. Zaskakujące i nieprzyjemne było zachowanie drużyny niemieckiej, która chcąc maksymalnie wykorzystać czas przyznany im na trening przed biegiem, bezpardonowo zepchnęła nas z toru. Do zachowań odbiegających od szeroko pojętych standardów fair play należało też kilku lub kilkunasto minutowe spóźnianie się sędziów na biegi, oraz w momencie, gdy nie starczało umiejętności i sił, stosowanie taktyk podmieniania psów, przeciągania momentu startu sprzyjające męczeniu się psów przeciwnika, dziesiątki wątpliwości, co do właściwości technicznych toru, działania boksu czy świateł czy wielokrotnego sprawdzania boksu i zgłaszania przeróżnego rodzaju błędów. Z dziedzin pozasportowych nieprzyjemnym wydało nam się ograniczenie wjazdu i możliwości parkowania na terenie stadionu tylko dla członków czeskich drużyn grupy Hop Trop (nie daliśmy się – Polak potrafi, nasza riposta była równie cięta) oraz dwugodzinne oczekiwanie na ceremonię rozdania nagród, szczegóły czego nie warte są opisu.
It’s not about results, it’s about the team spirit Noc przed finałami, kiedy analizowaliśmy przebyte mecze, zastanawialiśmy się nad strategią na niedzielę, baliśmy się na ile starczy nam i naszym psom sił, bardzo ważna dla nas osoba powiedziała, że obserwuje od lat psie sporty i zawsze widziała w ludziach zaangażowanie i oddanie sprawie, ale nigdy nie widziała, żeby grupa ludzi i psów była tak jednogłośna, zjednoczona i tworzyła tak dobrze dobrany team. Że wszędzie gdzie idziemy widać, że idziemy razem i wszystko, co robimy, robimy z zapałem, przekonaniem i najlepiej jak potrafimy. Że wkładamy w to całe serce, wszystkie umiejętności i siły. Powiedziała, że jesteśmy wspaniali i że wspaniałe są nasze psy, od których przecież wszystko w tym sporcie zależy. Te słowa poniosły nas przez finałowe biegi. Nie wiem skąd przyszły siły w 30 stopniowym upale, skąd przyszła pasja i zapał do kolejnego dnia walki. Chyba z naszej jedności i wiary w zespół. W to, że 2+2 to jednak jest 5, a zespół ma zawsze więcej siły i mocy niż grupa tych samych ludzi niemających ze sobą nic wspólnego. W niedzielę, Beta miała niebywale ciężki pojedynek. Obfitował w falstarty, błędy i powtórki biegów. Wysoka temperatura i duszność w namiotach z torami, spowodowały wycieńczenie jednej z naszych startujących dziewczyn. Mimo swojego młodego wieku zawstydziła nas swoją dojrzałością, wolą walki i świadomością swojego wpływu na bieg całego teamu. Takie małe bohaterstwa w trudnych warunkach dodatkowo motywowały resztę naszej załogi.
Alfa podczas swoich pojedynków weszła na najwyższe obroty, osiągnęła szczyt możliwości. Psy ochłodzone kąpielą w rzece i doładowane energią z połkniętego na lunch kurzego jaja śmigały na granicy ludzkiego wzroku. Fakt, że pokonaliśmy belgijskich Too Fast Too See chyba jedynie potwierdza tę opinię. Pokonaliśmy także Austriaków, ale niestety w finale dywizji zatrzymaliśmy się na czeskim Hop Trop. Ich tajna broń, wypuszczany z kieszeni jack russel terier z namalowaną na zadzie czeską flagą załatwił nas bez dwóch zdań. Pies był tak szybki, że flaga zauważalna była tylko, jako rozmyta czerwono niebieska wstążka... Więc chyba nie jest ujmą na honorze przegrać z ponaddźwiękową czeską rakietą?
Razem wygrywamy, razem przegrywamy Bitwy szły nam różnie, ale wojnę na mistrzostwach w Mlada Boleslaw bezapelacyjnie wygraliśmy. Wygraliśmy doświadczenie, wiedzę, przyjaźń, pewność, że możemy na sobie polegać, że muszkieterowie mogliby się od nas uczyć braterstwa. Wiemy, że już jesteśmy nieźli w tym, co robimy i cieszymy się, że wciąż tyle przed nami do osiągnięcia. Rozpiera nas energia, uskrzydla miłość do naszych niebywale dzielnych zwierząt, mamy wspólny cel i pewność, że go osiągniemy. Razem. As a Team. Unleashed. Dziękując za uwagę, żegnam się tradycyjnym, czeskim Thank you for your patient.
9.07.2008 Warszawa
Marta&Franka
|
|
|
|
|
||
|
02.2007 |
|